Archiwum według kategorii: ‘artykuł’

17
września

Oozi: Ziemska Przygoda

Czasami do zrobienia fajnej gry nie trzeba sztabu deweloperów, a wystarczy zapał trzech entuzjastów. Zamiast jednak rozpływać się nad dopiero tworzoną grą, oddam głos Andrzejowi Pasińskiemu (znanemu czytelnikom naszego blogcasta jako ‘RiBEL), który jest jej współautorem.

Oozi pozdrawia Fantasmagierie

Oozi: Earth Advenure (Oozi: Ziemska Przygoda* - nieautoryzowane tłumaczenie tytułu - przyp. Dahman) to przedstawiciel nieco zapominanego gatunku platformówek 2D. Jako, że jesteśmy wielkimi fanami tego typu gier postanowiliśmy zrobić właśnie taką produkcję. Pod względem rozgrywki chcemy zbliżyć się do takich tytułów jak Super Frog, Rayman, czy też oczywiście Super Mario Bros. Wiadomo, dużo skakania i biegania po platformach, wskakiwania wrogom na głowy, zbierania gwiazdek, itp.

Oozi: Earth Advenure składać się będzie z czterech światów podzielonych na 50 etapów. Poszczególne światy różnić się będą oprawą graficzną, specyficznymi pułapkami i wrogami. Łącznie w całej grze wystąpi ponad 40 rodzajów przeciwników.

Rozgrywka zostanie podzielona na trzy tryby: Historii (Story Mode), Wyzwań (Challenge Mode) i Zręcznościowy (Arcade Mode).

Story Mode składać się będzie z 20 stosunkowo długich etapów, powiązanych ze sobą fabularnie. W trybie tym gracz wraz z pokonywaniem kolejnych etapów uczy się dodatkowych możliwości i poznają różne mechanizmy świata gry. Główny bohater, Oozi, to niezbyt rozgarnięty międzyplanetarny kurier, który na skutek nieszczęśliwego wypadku budzi się na dziwnej planecie zwanej Ziemią. Pozbawiony swego sprzętu i statku kosmicznego musi odzyskać swoją własność.

Challenge Mode to z kolei zestaw 30 etapów o zwiększonym stopniu trudności. Będą to etapy krótsze niż w trybie Historii (każdy 3-5 min. gry), ale z konkretnie postawionym przed graczem zadaniem: przejście etapu w określonym czasie, wyeliminowanie wszystkich wrogów, itd. Etapy trybu Wyzwań odblokowywane będą w miarę postępów gracza w trybie Historii.

Arcade Mode odblokowany będzie po ukończeniu trybu historii. Tryb ten pozwalać będzie na zagranie w dowolny etap z trybu historii. Dodatkowo w trybie tym wprowadzony zostanie system ocen po zakończeniu etapu.

Oozi Ziemska Przygoda

Jesteśmy młoda ekipą - to nasz pierwszy wspólny projekt, więc za bardzo nie szalejemy. Gra w pierwszej kolejności ukaże się na PC - prawdopodobnie na serwisach dystrybucji cyfrowej (STEAM, GamersGate, itp.). Bardzo zależy nam na wejściu z grą na serwisy konsolowe typu Xbox Live Arcade, Playstation Network czy też WiiWare - czas pokaże czy nam się to uda. Najbardziej realne w temacie konsolowych jest wypuszczenie gry na Xbox LIVE Indie Games (wcześniej znane jako Xbox Community Games).
– Andrzej Pasiński

Oozi: Earth Adventure - devBlog - dziennik twórców.

Andrzej Pasiński - grafik/animator/designer, wcześniej 4 lata pracował w studio InImages, teraz skoncentrował się nad własną produkcją. Zainteresowanych poprzednią grą Andrzeja Turtix odsyłam tutaj.

19
sierpnia

PlayStation 3 Slimline większa od oryginalnej PS2

Koniec plotek, Ps3 Slim istnieje i właśnie zostało zaprezentowane podczas GamesCom ‘09 w Kolonii. Spiskowcy mogą spać spokojnie rewolucji nie będzie.

Długo przyglądałem się zdjęciom nowego designu PS3 i muszę przyznać, że zaskoczony jestem co nie miara, że uchowało się takie brzydactwo z tak okropnym logiem. Do tej pory przekonany byłem, że zdjęcia, które wyciekły z chińskiej fabryki, musiały być renderami jakiegoś dowcipnisia. Przecież oryginalna PS3, choć niemała, prezentuje się niezwykle futurystycznie, elegancko i dostojnie, na tle 360, wyglądając jak Porsche na tle poczciwej Zastawy.

PS3 slim vs PS3Co tak naprawdę rozczarowuje to bardzo złudne zmniejszenie rozmiarów konsoli.  O ile objętość w centymetrach sześciennych zmalała, to powierzchnia blatu potrzebna na postawienie nowej wersji PS3 wzrosła. Dodatkowo nowy design nie pozwala postawić konsoli pionowo, z której to opcji wiele osób korzysta.

Dodatkowo pozwoliłem sobie porównać jak wygląd stosunek zmiany rozmiarów obu konsol, a dla pełniejszego zestawienia dorzuciłem PS2, PS2 Slimline oraz potworka 360.

Wymiary podane są w milimetrach (szerokość × wysokość × długość):
PS3: 325×98×x274
PS3 Slim: 290×65×290
X360: 309×83×258
PS2 Slim: 230×x28×152
PS2: 305×178×76

Objętość w centymetrach sześciennych:
PS3  = 8726,9 cm3
PS3 Slim = 5466,5 cm3 (63% rozmiaru PS3) (83% rozmiaru 360)
Xbox 360 = 6617 cm3 (76% rozmiaru PS3- niemniej, X360 pozostaje najbrzydszą)
PS2 oryginalna = 4126,04 cm3
PS2 Slim = 978,88 cm3 (24% rozmiaru PS2 !) (18% rozmiaru PS3 slim) (11% rozmiaru PS3)

Cóż, chyba liczby mówią same za siebie. Malutki to skok, w porównaniu do PS2 slim, wykonali projektanci Sony.

Skąd więc te spazmy orgazmu? Kto jest temu winien? Oczywiście “opiniotwórczy” krzykacze i analitycy, którzy nakręcali Sony, wmawiając wszem i wobec jak bardzo potrzebna jest wersja Slim. Niestety, nie wykonano jeszcze wystarczająco dużego skoku technologicznego, aby “miniaturyzacja” naprawdę się odbyła jak to było w przypadku PS2 Slimline.

Ile osób tak naprawdę wymieni stare PS3 na nowe, bo się nie palcuje i ma większy dysk twardy (który w PS3 i tak jest wymienialny)? Ja zostaje przy mojej PS3 80GB, poczciwym chlebaku i liczę, że Sony jak to robi teraz MS nie rozmieni się na drobne. Pamiętajcie, że najważniejsze są gry, a nie platforma czy jej kształt!

– Peace out — PlayStation 4 Life!

10
lipca

Recenzje do lamusa

Siedzę sobie na kanapie wygodnie, nóżki wyciągnięte, w telewizji frapujący film sensacyjny o przekrętach na skalę międzynarodową, ale niestety rozwinięty do niepojętych rozmiarów zespół nadpobudliwości psychoruchowej, nie pozwala mi nawet na dziesięć minut spokojnie usiedzieć bez rzucenia okiem na jakąś stronkę www na iPodzie, czy przeglądania czeluści App Store, bo nóż widelec znajdzie się jakaś fajna aplikacja do edycji tekstu. Znak czasów?

Suma summarum skończyło się tak, że film wyłączyłem w po trzech czwartych i zacząłem dumać, nie wiedzieć czemu, o tym kto w dzisiejszych czasach czyta recenzje, aby podejmować wyedukowane decyzje podczas zakupu gier. Nie dało mi to spokoju, więc zacząłem przemyślenia spisywać.

Decyzję, czy jakiś tytuł kupimy czy nie, podejmujemy na długo przed premierą, a ewentualne spontaniczne zakupy zdarzają się równie rzadko co dobra gra z serii Need for Speed. Jak na złość nie każdy wydawca odważa się wydawać dema, więc zostają zwiastuny, czy materiały z rozgrywki, staranie wyselekcjonowane i zmontowane, mające za zadanie pokazać nam, że takiej gry jak prezentowana jeszcze nie było, musisz-mieć znaczy.

Niemniej, ogromne znaczenie ma poczta pantoflowa i koleżeńskie rekomendacje. Jeśli w gronie znajomych gra została przyjęta nad wyraz ciepło, skusimy się na pewno. Jeśli jest przeciętna, pożyczymy i oszczędzimy trochę grosza, najwyżej Jasiem będziemy następnym razem.

I teraz zasadnicze sprawa. Po co komu pisane recenzje? Czy ktoś je czyta? Czy do toalety zabieramy najnowszy numer naszego ulubionego czasopisma zamiast PSP, DSa, czy iPhone’a?

Coraz częściej okazuje się, że czytamy recenzje tylko tych gier, w które graliśmy i mamy o nich już wyrobioną opinię. Tekst ma tylko utrwalić nas w przekonaniu, że nasza jest jedyną słuszną! Względnie obelżywie zrugać autora za brak elementarnych umiejętności “obiektywnego” ocenienia gry, jeśli opinie się nie pokrywają. A przecież, każdy ma prawo do własnej, subiektywnej oceny, nawet skrajnej, znacząco odbiegającej od “średniej” na Metacritic. Czy to źle, że jedna osoba uważa grę za świetną, a druga za niewartą trącenia patykiem? Czy jeśli chodzi o gry, nie można kierować się gustem? De gustibus non est disputandum.

Największym problemem części nerwusów jest znalezienie swojego krytyka, tzn. autora, recenzenta, którego opinie pokrywają się z ich. Po co się frustrować, że ten czy tamten patałach wystawił taką i owaką ocenę tej grze, zjechał ją, czy nie słusznie wychwalał? Wszak jak już się znajdzie takiego “ulubionego” recenzenta, o podobnych gustach, można mieć prawie pewność, że jeśli jakąś grę rekomenduje, to nawet gdybyśmy byli przez ostatnich parę lat na bezludnej wyspie odizolowani od wszelkich informacji, to będzie to produkcja, w którą zagramy bez poczucia straty czasu i pieniędzy.

Jest małe ale. Zdarza się recenzent niekoherentny odnośnie swojego gustu. Czemu? Przede wszystkim liczy się cyferka, zwana oceną, która coraz częściej kompletnie nic nie mówi, oprócz tego jak dobry układ jest między recenzentem, a wydawcą, tudzież działem marketingu i specjalistami od kreowania wizerunku gry. Biedny recenzent naciskany jest z lewa i prawa, żeby choć ten plusik więcej dać, żeby to pół gwiazdki wyciągnąć, żeby o tym super elemencie w recenzji wspomnieć, a o tej “nieistotnej” wadzie nie pisać. Gracze od lat słyszą o teoriach spiskowych, a świat huczy jak wychodzą na jaw afery typu Gerstmann-gate. Sami nawet o tym rozmawialiśmy w odcinku 20. Mimo to czy powinniśmy czytać recenzje? Oczywiście, że tak! Jeśli nie macie swojego ulubionego entuzjasty piszącego o grach, czytajcie wszystkie recenzje interesującej was gry jakie są dostępne i wyciągajcie wnioski, ba, zaglądajcie na Metacritic, sprawdźcie czemu jeden recenzent dał 100/100, a inny 40/100.

Konkluzja? Warto dzielić się z innymi swoimi spostrzeżeniami, warto poznawać poglądy innych i ich z góry nie krytykować, warto rozmawiać, dyskutować i wymieniać się opiniami, warto słuchać i czytać, żeby poznawać opnie innych. Warto podchodzić do rzeczy z dystansem i samemu wyrabiać sobie własne zdanie. Warto sięgać po różne źródła informacji, kupować czasopisma, aby te uchronić przed przedwczesnym odejściem do lamusa. W przeciwnym przypadku będziemy skazani tylko na Internet, który sam w sobie nie jest złem, ale coraz częściej ilość i szybkość publikacji informacji są ważniejsze od kontroli jakości. Zatem jeśli jeszcze nie kupiliście jakiegoś czasopisma w tym miesiącu, warto wybrać się do kiosku i “zagłosować” na pluralizm mediów.

Niemniej jednak, na próżno ignorować inne formy przekazu (podcasty, pamiętniki dewelopera, wideo recenzje, itd.). Osobiście uważam, że świetnym źródłem informacji (ale nie opinii) na temat danych gier okazują się recenzje wideo na Gametrailers. Treściwe, rzetelne, wypunktowujące wady i zalety w ortodoksyjnym, tradycyjnym stylu, ale bez poczucia, że szablonowość jest wadą. Pseudo-recenzje w stylu Zero Punctuation są śmieszne tylko wtedy, gdy w daną grę graliśmy. O tym jednak, może następnym razem…

24
marca

Fantasmagieria - Małe opóźnienie

Niestety w tym tygodniu wtorek będzie szary, bury i ponury. Z powodu braku czasu nagranie musiało zostać przesunięte. Nie ma jednak tego złego, bo zamierzamy ten czas poświęcić na wymęczenie Resident Evil 5 i zrelacjonowanie wrażeń w najbliższym podkaście. Zatem jeśli chcecie abyśmy jeszcze o czymś wspomnieli w 61. odcinku, podrzućcie propozycję emailem lub w komentarzach. Tymczasem zapraszamy do wysłuchania piątego odcinka Fantastycznej.

Post postem.

Tak sobie pomyślałem, że skoro Fantasmagieria spóźnia się o te parę dni, to warto sobie poględzić. Jest kilka rzeczy, na które chętnie ponarzekałbym, ale po co zatruwać przyjemną, błogą atmosferę pierwszych dni wiosny (a fakt, za oknem plucha i śnieg, żadna to wiosna..). No cóż, jak to do znudzenia powtarzamy, świetnie taka pogoda sprzyja oglądaniu filmów, czy graniu. Dlatego postanowiłem polecić parę rzeczy, które niekoniecznie znalazłyby swoje miejsce w podcaście, a są warte uwagi.

Fang Post PostemPo pierwsze polecam wszystkim najnowszy film Clinta Eastwooda, Gran Torino (2008). Banalna z pozoru historia (jakich multum było i będzie) o przyjaźni osób podzielonych nie tylko przez kulturę, ale również pokoleniowo. Walt Kowalski, podstarzały weteran wojny w Korei, właśnie pochował żonę. Wszystkie emocje z tym związane tłumi bardzo głęboko w sobie, a że znany jest z szorstkiego obycia i dość agresywnego podejścia do intruzów, do których zalicza nawet własną rodzinę, nikt na to nie zwraca uwagi. I kiedy sądzi, że resztę swoich dni przesiedzi na popijaniu piwa na ganku i na koszeniu trawnika, przyjdzie mu bronić z karabinem w dłoni swojego najcenniejszego skarbu, Forda Gran Torino rocznik ‘72. Okazuje się, że za incydentem stoi chłopak z sąsiedztwa. I tak zaczyna się jego znajomość, a później przyjaźń z Thao , bystrym i pracowitym, ale zamkniętym w sobie młodym Azjatą. Sprawy się komplikują, kiedy Walt broni go przed miejscowym gangiem…

Gran Torino to dramat, nie komedia, czy film sensacyjny, choć przyjdzie się uśmiechnąć i zobaczyć parę obitych twarzy. Świetnie wybija się ponad resztę kmiotów, którymi karmi nas Hollywood, kiedy tylko zabiera się za kino egzystencjalne porzucając ich sztandarowe gatunki.

Mimo prawie dwóch godzin seansu, nie czuje się znużenia. Znając Eastwooda, widz domyśla, że nie będzie ‘happy-endu’, ale nawet zgadując zakończenie historii, nie łatwo nie zareagować emocjonalnie. Świetne kino, dużo lesze od oscarowego “Za wszelką cenę” (2004). Znak jakości przyznany 11/10. Taka ostatnia myśl, Clint Eastwood, ze swoim spojrzeniem i cedzeniem słów przez zęby, nadawałby się idealnie do głównej roli ekranizacji “Powrót mrocznego rycerza” Franka Millera.

Kieszonkowe granie wraca do łask. Zmęczeni zalewem infantylnych gierek na Nintendo DS, czy po prostu ich brakiem na PSP coraz częściej sięgamy po iPhone/iPodTouch. Codziennie App Store, czyli kramik z programami firmy Apple, zalewany jest tysiącami nowych prostych gierek i programików.

Niestety znaleźć grę wartą uwagi, albo przekopać się do czegoś, co akurat by nam się przydało, ale jeszcze o tym nie wiemy, graniczy z cudem. Dlatego postanowiłem sobie polecić kilka wartych uwagi gier i programów.

Fang Post PostemiDracula - Undead Awaking - gra z gatunku ‘Diablo with Guns’. Gracz to prawdopodobnie syn Van Helsinga z nieprawego łoża, lub sam łowca czarownic, tudzież wampirów we własnej osobie. Pozostaje zgadywać, bo gra fabuły nie ma żadnej, za to grywalnością aż kipi. Pomysł swoje korzenie ma w takich zręcznościówkach jak Asteroids, Super Star Dust czy Galaxy Wars, czyli lewą gałką chodzimy, prawą kierujemy ostrzałem zajmując się masową eksterminacją zombie, wampirów, wilkołaków i wielu piekielnych pomiotów. Analogi w postaci wirtualnej znajdują się po obu stronach ekranu i działają nad wyraz sprawnie. Zabawa przednia. Wraz z najnowszym update’em dodano wiele nowych trybów. Osobiście spodobał mi się ‘Wave’, który przypomina tryb Hordy z Gears of War 2. Gra kosztuje 2,99 euro (kupiłem w promocji za 0,79!), a warta jest co najmniej dwa razy tyle.

Fang Post PostemTouch Hockey FS5 (Free) - ”Hokej powietrzny’, czyli popularna gra w odbijanie krążka plastikowym grzybkiem w celu zdobycia bramki. Gra dwu osobowa. Idealnie wykorzystuje specyfikę i fizykę iPhone/iPod Touch. Jest szybka, łatwa i przyjemna, można grać przeciwko komputerowi lub innemu graczowi. Wśród wszystkich wersji Air Hockey w App Store ta jest najlepsza. Dostępne są dwie wersje gry i generalnie, jeśli przeszkadzają wam reklamy, ukojenie warte jest 1,59 euro.

To tyle. Mógłbym pewnie wymienić więcej filmów (np. Battle Planet [2008] *śmiech*) i gier, ale spojrzałem na zegarek i jeszcze chwila, a nie miałbym po co się kłaść spać. Wspomnę tylko, że bardzo cieszą nas wszystkie miłe słowa i komentarze, za które bardzo dziękujemy. Mam nadzieje, że Fantasmagieria będzie rosła w siłę i docierała do jak największej liczby osób. Jeśli chcecie wesprzeć słuszną sprawę, spamujcie fora, grupy dyskusyjne, komenty pod wpisami na blogach i serwisach, wklejajcie wlepki po słupach, niech każdy się dowie o naszych podcastach! Jak możecie, wrzućcie coś do skrzynki skarbonki (PayPal, jeśli wolicie mBank, dajcie znać na pocztą emailową). Wasze wsparcie nie przejdzie nie zauważone!

3
lutego

Konstatacje konsolowego konwertyty – część druga

Kolejna część interesującego dziennika gracza (poprzednia dostępna tutaj). Pamiętajcie, że Piotrek pisze z perspektywy długoletniego gracza pecetowego, który postanowił poszerzyć swoje horyzonty o kolejną platformę elektronicznej rozrywki. Pomijając powody, o których pisał wcześniej, tak na prawdę nie ma znaczenia, że to Xbox 360, jako, że doświadczenia z PlayStation 3 są zgoła podobne. Zapraszamy do lektury i dyskusji! — Dahman

Wracając z moim nowym nabytkiem ze sklepu najpierw zwróciłem uwagę na jego ciężar. Pudełko do lekkich nie należy! Jeśli musicie tłuc się z konsolą przez pół miasta wracając do domu, to w dniu zakupu wybierzcie taksówkę lub podjedźcie do sklepu samochodem. Niezbyt wygodnie się taszczy takie pudełko, a sprzedawcy zazwyczaj nie dysponują odpowiednio dużymi torebkami.

Gdy dotarłem z konsolą do domu, zacząłem przeglądać zawartość pudła i powstrzymując swoje samcze zapędy pt. „prawdziwi faceci nigdy nie czytają instrukcji”, zerknąłem jednak do dokumentacji. Pamiętając o awaryjności tych urządzonek wolałem wszystko podłączyć zgodnie z zaleceniami producenta i nie wściekać się później na własną głupotę. Jeszcze tylko rzut okiem czy wszystko podłączone i na ekranie TV ukazuje się logo X360, w nieco przejaskrawionych kolorach. W zestawie Pro nie ma kabla HDMI, stąd obraz ma charakterystykę nieco inną, niż zwykliście oglądać na monitorach grając na PC. Jeśli nie planujecie zakupu takiego kabla, a jesteście przywiązani do „normalnego” obrazu to nic straconego. Kilka zmian w nasyceniu kolorów, jasności i kontraście telewizora pozwoli wam uzyskać optymalny rezultat.

Ponieważ podłączyłem X360 do internetu, konsola najpierw dokonała aktualizacji systemu i wykonała szybki restart. Następną czynnością, którą trzeba wykonać jest stworzenie swojej karty gracza (gamertag) i konta na Xbox Live. Miałem to szczęście, że stworzyłem sobie takowe jeszcze za czasów pierwszych Gearsów na PC, więc pozostało mi jedynie importowanie profilu. Jeśli jednak nie posiadacie takiego konta, to lepiej je stworzyć poprzez stronę Xbox.com. Wklepywanie danych za pomocą pada jest dość męczącym zajęciem, a samo zakładanie do prostych i szybkich nie należy.

Konsolowy konwertyta cz. 3

Niestety, próbę importowania powtarzałem chyba z 5 razy. Za każdym razem pokazywał się komunikat o niedostępności ekranu logowania i dane profilu trzeba było wpisywać od nowa. W końcu operacja zakończyła się pomyślnie i system radośnie przeniósł mnie do ekranu tworzenia awatara. Cała otoczka, sympatyczne menu, optymistyczne kolorki, przyjemna muzyczka w tle, wyglądała bardzo „rodzinnie” i nawet mi przeszło przez myśl czy aby nie zakupiłem Wii zakamuflowanego w innej obudowie. Bawiłem się ustawieniami dobre pół godziny, aż w końcu stworzyłem starego pierdziela a la Ian Anderson, którym mam nadzieję (?) stać się za kilka, kilkanaście lat. Tak naprawdę dopiero od tego momentu przechodzimy do czegoś w rodzaju pulpitu konsoli, skąd jeszcze nie raz nie dwa będziemy rozpoczynać naszą zabawę z X360.

Muszę przyznać, że po dłuższym zwiedzaniu całego systemu zrobiła na mnie wrażenie jego przystępność. Wszystko jest poukładane w system kart przewijanych w pionie i w poziomie, ruchy góra dół to kategorie tematyczne, lewo prawo - konkretne pozycje. Do tego świetna sprawa - „magiczny przycisk” Xbox Guide, który oferuje skróty do najistotniejszych funkcji: logowania się i ustawień konta na Xbox Live, zarządzania znajomymi i nawiązywania rozmów oraz ustawień systemowych. Dłuższe przytrzymanie tego przycisku pozwala wyłączyć pada (warto z tego korzystać, np. jeśli odchodzimy od konsoli, ponieważ baterie lub zużywają się dość szybko) lub konsolę.

Co dość istotne, możemy nasz sprzęt wyłączyć w dowolnym momencie rozgrywki. Jedynie pojawiające się raz na jakiś czas komunikaty o zapisywaniu stanu gry sugerują, że akurat teraz nie jest to najlepszy pomysł. Zawsze uważałem je za ubliżające inteligencji nawet przeciętnego homo sapiens, zwłaszcza widząc je na PC. Ale powiedzmy, że mogę to zrozumieć - gracze przyzwyczajeni do tego luksusu mogą się czasem zapomnieć.

Ogólne moje wrażenie po zabawie z interfejsem X360 było takie, że ktoś dokładnie przemyślał sprawę i postanowił stworzyć system, który umożliwia jak najszybsze zajęcie się tym co dla użytkownika konsoli jest najważniejsze - graniem. Reszta aspektów stanowi dobrze wkomponowaną otoczkę, stąd przejście do wybranej gry to raptem kilka sekund. Nawiązać rozmowę ze znajomymi na Xbox Live można niemal bez zatrzymywania gry. Wejście do ustawień również trwa chwilę. Samo włączenie systemu konsoli to może 10 sekund, wyłączenie - natychmiast.

Podobnie z zawartością sieciową, czyli Live Marketplace. Wszystko jest podane jak na tacy. Najciekawsze demka widać na głównej zakładce. Można je ściągać podczas grania (o ile gra nie korzysta z trybu multi i automatycznie nam nie zatrzyma tego procesu), reszta dem i gier do kupienia przez Marketplace jest ładnie posortowana (kategorie, alfabetycznie, popularność, itd.). Zgubienie się w tym interfejsie jest praktycznie niemożliwe.

Po paru tygodniach grania i testowania różnych funkcji konsoli mogłem wreszcie pomyśleć o odniesieniu tego do moich zabaw przy pececie, których przecież nie zakończyłem. Istotną rolę miał jednak wyznacznik czasowy. Odniosłem wrażenie, że szukanie i instalowanie nowych demek czy gier na PC to bardziej swego rodzaju rytuał, na który trzeba zarezerwować sobie trochę czasu. To już nawet nie chodzi o instalację, bo na X360 też można. Wolę trzymać gry na dysku, bo napęd DVD rzeczywiście przypomina produkt uboczny, powstały przy wytwarzaniu silników do Boeinga 747. Natomiast na PC zawsze dochodzi element dobierania ustawień, czasem pobrania nowych sterowników - każdy nowy tytuł potrafi zabrać sporo czasu na początku.

Potem czasowo wychodzi mniej więcej tak samo, aczkolwiek przyznaję, że na ten moment zdarza mi się częściej grać na konsoli. Nie tylko dlatego, że od niedawna ją mam. Po prostu świetnie się sprawdza w momencie, gdy mam kilkanaście minut wolnego w ciągu dnia i mogę w coś zagrać. Pstryk, partyjka w Puzzle Quest przed przerwą obiadową. Pstryk, dwie odprężające rundki w SSF2THDR przed snem. Wcześniej granie w tygodniu stało pod znakiem zapytania, a raczej nie było go w ogóle. Teraz jest, głównie pod znakiem Xbox Live Arcade lub pełnoprawnych tytułów, pozwalających na krótkie spotkania z konsolą, np. Guitar Hero III: Legends of Rock czy Project Gotham Racing 4. Co innego weekendy - wtedy PC staje się równoprawną maszynką do grania - tu jakaś sesja z Mirror’s Edge, które w wersji demo na konsoli było dla mnie jeszcze mniej grywalne niż na PC, godzinkę przed snem The Darkness. Nawiasem mówiąc, ta gra naprawdę powinna była wyjść na blaszaki.

Ale to już jakby nieco inny temat. Tak czy inaczej, z perspektywy miesiąca od zakupu konsoli widzę, że zaszły pewne niewielkie zmiany w moim podejściu do grania. W tygodniu X360 pozwala mi pograć z doskoku w różne drobiazgi, podczas gdy w weekendy rozgryzam sobie pełnoprawne produkcje, poszerzając listę tytułów, które mogę teraz kupić, mając do dyspozycji dwie platformy sprzętowe. Czasowo spędzam na graniu tak naprawdę niewiele więcej czasu. Z tych 5-10 minutowych posiedzeń w dniach roboczych wyjdzie summa summarum może godzina tygodniowo więcej. Ale za to ile drobnych radości po drodze!

W następnym odcinku przyjrzymy się nieco bliżej kontrolerowi konsoli X360, który moim zdaniem zasługuje na osobne omówienie. Oczywiście, wcześniej zapewne były ich już setki i posiadacze tej konsoli nie znajdą w tekście nic, czego by już nie wiedzieli, ale pamiętajmy, że cała seria powstała głównie z myślą o graczach pecetowych, którzy rozważają kupno tego typu maszynki.

16
stycznia

Konstatacje konsolowego konwertyty – część pierwsza

Już widzę zmarszczone brwi większości z was, patrzących na tę aliterację w tytule. Sęk w tym, że nie jest on wcale taki zły, biorąc pod uwagę zamierzenia, jakie będą mi przyświecały podczas pisania nowego mini-cyklu felietonów.

Fantasmagieria felieton 1


Po pierwsze: brakuje mi w polskim Internecie autorów piszących ładnie i mądrze o grach. Mogę ich policzyć na palcach jednej ręki, wykorzystując może 2/5 jej możliwości. Wynika to zapewne z tradycji naszego, że tak to szumnie nazwę, „pisarstwa o grach”, zapoczątkowanej i kontynuowanej głównie przez pasjonatów, a nie ludzi z odpowiednim warsztatem literackim czy wykształceniem kierunkowym.

Druga rzecz, wynikająca niejako z pierwszej: daremnie poszukuję na naszym rodzimym poletku racjonalnego myślenia o grach, platformach sprzętowych, radościach i problemach z nimi związanych. Jakoś tak się dziwnie utarło w naszym kraju, że posiadanie jednej z konsol obecnej generacji (PlayStation 3, Xbox 360) jest równoznaczne wyznaniem wiary, nową religią, za którą można, a wręcz trzeba „umierać”, wykazując się swoim fanatyzmem i umiejętnościami bojowymi na wszelakich forach, w komentarzach pod blogami, itd.

Z kolei kupno konsoli przez gracza pecetowego jest ciężkim grzechem w oczach jego blaszakowych pobratymców, to podobnie jak w przypadku powyżej, zmiana wyznania, zdrada „starych ideałów”, nawet jeśli nie bardzo wiadomo, co by one miały oznaczać w praktyce. „Nie będziesz miał instalacji cudzych przede mną”?

Istnieje również tendencja w drugą stronę. To dość osobliwa forma nieracjonalnego myślenia, którą można by nazwać czymś w rodzaju konsolowego eskapizmu albo wyparcia, objawiająca się formułowaniem zdań typu: „Gry na PC? A co to takiego?”, „Nie wiem jak wygląda PC do grania” i tym podobnych, nieco ostentacyjnych manifestacji swojej przynależności wyłącznie do świata konsolowego.

Biorąc pod uwagę powyższe czynniki chciałbym zaproponować wam coś w rodzaju zapisków „zatwardziałego” pecetowca, który podjął w końcu tę „dramatyczną” decyzję i kupił sobie konsolę. Nie zamierzam nachalnie promować swojej nowej zabawki (X360) czy też deprecjonować grania na PC, bo z mojego blaszaka nie zamierzam rezygnować. Chciałbym, żeby to była spokojna, zdystansowana relacja i próba obalenia mitu pt. kupno konsoli równa się rytualne zaprzedanie duszy diabłu, skazanie na ostracyzm ze strony znajomych graczy, tudzież zepchnięcie PC w bezdenną otchłań zapomnienia.
- -

Na jednym z ostatnich podkastów w 2008 roku Dahman spytał co tak naprawdę skłoniło mnie do zakupu konsoli. Czy była to mała dostępność gier na PC? Raczej nie, ostatni rok był bardzo dobry, nie narzekałem na brak tytułów, wręcz przegapiłem kilka istotnych pozycji. To może frustracja spowodowana ciągłym szukaniem sterowników, problemami podczas instalacji i wolnym działaniem gier? Sterowniki do karty graficznej zmieniałem może 2 razy w ciągu tamtego roku, źródłem problemów okazało się jedynie GTA IV, wymuszające instalację dodatku Service Pack 3, od którego mój system dostał lekkiej niestrawności. Ponadto nie należę do użytkowników, którzy mają w menadżerze zadań 1001 „potrzebnych” drobiazgów, a potem się dziwią, że gry nie działają tak jak trzeba.

Tak naprawdę ciężko znaleźć racjonalne wytłumaczenie albo usprawiedliwienie decyzji o zakupie konsoli. Jedyne co mi przychodzi na myśl to ciekawość oraz pojawienie się sprzyjających okoliczności finansowych do jej zaspokojenia. Tak czy inaczej, w wyniku tej decyzji wracałem pod koniec grudnia do domu z X360 pod pachą.

To była jednak kwestia typu kupić - nie kupić, na pewno w jakimś sensie przełomowa, ale znacznie ważniejsze z punktu widzenia gracza jest wybór samej konsoli. Dlaczego X360, a nie PS3, czemu wersja Premium, a nie Arcade?

Zacznijmy od wyboru platformy sprzętowej. Z gier, które wydano dotychczas na PS3 najbardziej interesował mnie Metal Gear Solid 4 i Uncharted, do tego wprost zakochałem się w Little Big Planet. Miałem również nadzieję, że Sony na powrót wprowadzi do sprzedaży modele ze wsteczną kompatybilnością, będąc fanem MGS’ów z miejsca zakupiłbym MGS 3: Subsistence, który niestety nie ukazał się w wersji na komputery osobiste (w odróżnieniu od części pierwszej i drugiej). Podobnie rzecz ma się z serią Resident Evil i odsłonami zastrzeżonymi wyłącznie dla konsol np. Code: Veronica. Tu w zasadzie lista gier przeznaczonych typowo dla PS3 się zamyka. Nigdy nie byłem fanem jRPG ani produkcji z rodziny mangowatych, zatem ten sektor kompletnie odpada w moim przypadku.

Fantasmagieria felieton 1a

Jeśli chodzi o produkcje wspólne dla PS3 i X360 (a czasem również PC) to przeważyło u mnie niekorzystne wrażenie o słabszej jakości tych produktów, biorące się z lektury rozmaitych tekstów w Internecie. I nie chodzi tu o idiotyczny argument pt. „wyblakłe kolory”, bo to nie jest żaden problem dla osoby umiejącej posługiwać się pilotem od TV. Zwyczajnie za dużo naczytałem się o tym, jakie problemy towarzyszą programowaniu na konsolę Sony, ile mocy się marnuje, ile czasu trzeba, żeby twórcy gier rozgryźli jej prawdziwe możliwości.Ponadto nie podoba mi się polityka Sony dotycząca kontynentu europejskiego, często gry są mocno opóźniane w stosunku do premier na terenie Japonii czy USA. Przyzwyczaiłem się jednak do zachowań wydawców na rynku pecetowym, gdzie różnica w datach sprzedaży na poszczególnych kontynentach zazwyczaj nie wynosi więcej niż kilka dni.

Nie ukrywam, że znaczenie miała również cena sprzętu. Niecałe 900 PLN a 1400-1500 PLN to jednak nieporównywalnie mniejszy wydatek, choć oczywiście PS3 to nie tylko konsola do gier, ale również odtwarzacz BlueRay, mam tego świadomość. Mimo wszystko nie byłem w stanie znaleźć ot tak dodatkowych 500-600 PLN w swoim budżecie (może gdy stanę się tak sławny jak Jules, przestanie to być dla mnie problemem ;).

Nie oznacza to oczywiście, że PS3 jest konsolą z gruntu złą, czy też gorszą od X360. Zwyczajnie uznałem, że na ten moment nie jest to sprzęt dla mnie. Konsola Microsoftu wydała mi się bezpieczniejszą inwestycją dla pecetowca zorientowanego na gry rynku europejskiego i amerykańskiego.

Przy okazji rozmów o cenach warto byłoby wspomnieć o delikatnie rzecz biorąc niecnych praktykach handlowych, jakie prowadzą rozmaici polscy handlowcy czy też sieci sklepów. Chodzi przede wszystkim o cenę i zróżnicowanie oferowanych zestawów. W tak gorącym okresie jak ostatni tydzień przed świętami, na półkach wszelakich sklepów nie dla idiotów oraz innych siedlisk pełnych kultury stały jedynie egzemplarze X360 z najnowszym Księciem Persji. Ceny też nie zachęcały, zazwyczaj oscylując wokół tysiąca bez jednej złotówki lub większej.

Niestety, Polacy nie mogą kupować konsol w zagranicznych serwisach wysyłkowych (ograniczenia dotyczące transportu sprzętu) i być może nie znają cen na zachodzie. Gdyby wiedzieli, że za ok. 860 PLN (teraz już 900, podskoczył kurs funta) powinni dostać zestaw z 3 najnowszymi grami i dodatkowym kontrolerem, to nie wydaliby ani złotówki w polskich sklepach. Doliczmy do tego gwiazdkowe promocje, kiedy to u Brytyjczyków za powyższą cenę można było dostać zestaw z Gears of War 1 i 2, Far Cry 2 i jeszcze dwa pomniejsze tytuły (Sega Tennis, tego typu rzeczy). Już nawet nie wspominam o wyższych przeciętnych zarobkach naszych grających kolegów na wyspach, bo i bez tego sytuacja nad Wisłą jawi się jako obraz nędzy i rozpaczy.

W końcu jednak pomyślałem, że samym narzekaniem niczego nie zdziałam, wręcz tylko zniechęcę się do zakupu. Zacząłem szukać zestawu z Gears of War 2, który ponoć w paru sklepach się pojawił. Gra może i nie należy do super ambitnych, ale przynajmniej pozwala bawić się zarówno w trybie pojedynczego gracza, kooperacji jak i innych trybach sieciowych, co w porównaniu z Prince of Persia tworzyło ofertę znacznie bogatszą. Nie bez znaczenia były opowieści o usłudze Live i jej przystępności, chciałem sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Pomyślałem również, że lepiej będzie zainwestować w wersję z twardym dyskiem. Niektóre pozycje go wręcz wymagają, a mając tylko jedną pełną grę miło by było mieć kilka dem innych tytułów.

A zatem dobrze, rozterki natury teoretycznej mamy już za sobą. W następnym odcinku skupimy się na konkretnych wrażeniach po wyciągnięciu sprzętu z pudełka.

12
stycznia

Kryzys a koniec pewnej ery.

Gospodarka przechodzi kryzys. Ludzie zaciskają pasa, wydają mniej pieniędzy na przyjemności. Branża gier miała się temu oprzeć, analitycy, w tym medialny Michael Pachter, tak twierdzili. Niestety codziennie słyszymy o kolejnych zwolnieniach, zamykanych studiach i bankrutujących wydawcach. Niby nic nowego, od trzech dekad, tak się działo. Na zgliszczach powstawały nowe, lepsze firmy, a gry nadal urzekają i urzekać będą.

Kiedy jednak jesteśmy świadkami upadku instytucji, uznawanych za bastion w swojej dziedzinie, nie można oprzeć się refleksji. Następuje koniec pewnej ery. Poniżej postanowiliśmy zabrać komentarz w sprawie.

- -

Kryzys, kryzys nadchodzi. Tym razem nie jest to kryzys dotcomów tylko wartości intelektualnej. W dobie internetu nie ma poszanowania dla niej, a wiele osób czerpie korzyści z nieprzejednanych zasobów, w ich uznaniu, darmowych treści. Po części ktoś może powiedzieć “kolejna tyrada na temat piractwa” i tu się pomyli.

Chodzi o zmiany jakie się dokonały na przestrzeni kilku ostatnich lat w sposobie docierania i przekazywania treści, treści dostępnej całkowicie za darmo, gdzie co najwyżej musimy zignorować uciążliwy banner. Za tę cenę ignorujemy przywary. Przyzwyczailiśmy się do krótkich informacji,  konkretnych, szybkich newsów, które bez owijania w bawełnę i popisowej retoryki, powiedzą nam o co chodzi. Przyzwyczailiśmy się do Internetowych “dziennikarzy”, którzy nie umieją pisać. Przyzwyczailiśmy się do oglądania komentarzy, z który wyraźnie wynika, że komentujący nie przeczytał całego artykułu, ale to wystarczyło, aby wyrazić o nim opinię. Przyzwyczailiśmy się, że w recenzji najważniejsza jest ocena, a tekst to tylko dowód grania w danych tytuł.

Na ten ostatni punkt zwracają uwagę wydawcy. Ocena jest najważniejsza. Co byśmy zrobili bez niej i Metacritics? Niestety doprowadziło to do tego, że jeśli widzimy jakiś eksluziw na okładce mamy pewność, że ocena została już ustalona z góry. Znowu absolutny wysyp ósemek i dziewiątek, i ich pochodnych w ułamkach, to niestety wymóg czasów i jeśli chce się utrzymać czasopismo, a te czasy ciężkie, to trzeba godzić się pod presją na wystawienie tej dziewiątki na szynach, albo reklamodawca się wycofa.

Niestety nawet to już nie wystarcza. PRowcy i wielkie firmy wydawnicze już od jakiegoś czasu zwęszyły odradzający się jak Feniks z popiołów rynek reklamy Internetowej. Za grosze można wykupić milion odsłon, a korzystając z wyjątkowo przemyślanej konstrukcji systemu Google ma się pewność, że o produkcie informowani są ludzie, którzy najpewniej grą się zainteresują. Po co w tej sytuacji bawić się w drogi interes reklamy w prasie drukowanej?

Gdzie ten kryzys intelektualny? Słowo drukowane umiera? Z gazet zostaną tylko brukowce, magazyny plotkarskie i darmówki rozdawane na ulicach. Dlaczego kryzys intelektualny? Dlatego, że w internecie rządzą statystki, po co komu seria artykułów na temat rozwijającego się rynków gier za żelazną kurtyną lub refleksji nad stanem branży i jej koniunkturalizm skoro najbardziej klikalne są teksty o World of Warcraft, zestawienia typu Top 10, czy idiotyczne i prowokacyjne artykuły. Podobno od czytania długich tekstów na ekranie monitora bolą oczy, ale widać muszą boleć nawet, gdy tekst na papierze.

Niedawno Larry Flint, magnat magazynów erotycznych, twórca Hustlera, wydawało się pisma, które sprzedaje się samo, zgłosił się do rządu USA o zapomogę w postaci pięciu miliardów dolarów. Znowu największa gazeta New York Times coraz częściej postrzegana jest jak zbiór przeintelektualizowanych artykułów mających tyle treści co krótki news znaleziony np. za pomocą google news.

Wydawcy czasopism próbują uparcie wmówić nam, że zawsze będzie zapotrzebowanie na słowo drukowane. Pech chciał, że kojarzę tylko te żartobliwe argumenty, że z komputerem ciężko do toalety, że muchy nie ubijesz klawiaturą, że zapach druku jak afrodyzjach, itd.

W Polsce problem zaczął się już dawno. Kryzys czasopism przetrwali tylko najwięksi dzięki fuzjom, wykupowaniu przez większe wydawnictwa i czasami braku konkurencji. Gdyby nie dodatek w postaci płytki z pełnymi grami, kto wie czy CD-Acton kiedykolwiek wypłynęłoby na szersze wody. Secret Service (włączając NSS) bało się zaryzykować i niestety popłynęło, nie ma z nami już Resetu, nie ma Świata Gier Komputerowych, a o Gamblerze czy Top Secret zdają się pamiętać tylko co starsi czytelnicy.

Dodatkowo pokutuje pogląd, że gry są dla dzieci. I wszyscy teraz bijemy się w pierś, bo jak to! Ja mam lat dwadzieścia- czy trzydzieści-kilka lat! Nie jestem dzieckiem! Pytanie zatem, kiedy ostatni raz kupiłeś czasopismo o grach? No właśnie, okazuje się, ponad 80% czytelników to osoby niepełnoletnie ergo skoro kupują nas nastolatki, musimy tworzyć czasopismo dla nastolatków (reguła coraz częściej witana przez serwisy Internetowe). Wydawcy to rozumieją, a redaktorzy chcąc nie chcąc muszą się na to godzić. Niestety pieniądz wygrywa, prowadzenia czasopisma to nie jest impreza non profit. Błędne koło się zamyka kiedy nie kupujemy czasopism o grach, bo poziom tekstów dopasowany jest do ich grupy docelowej. Kryzys?

Niestety to co będziemy teraz obserwować to zmiany. W pewnym momencie nastanie wielkie prze-formatowanie treści. Zostanie tylko to co produkuje się małym kosztem, a przynosi duży zysk. To właśnie ostatnio stało się z 1up.com i EGM. Ziff Davis było jednym z największych wydawnictw drukowanych w Stanach Zjednoczonych. Na swoim koncie mieli najpoczytniejsze tytuły, a mimo tego zbankrutowali. To co zostało zrekonstruowano w formie elektronicznej w postaci serwisów. Nie minął rok odkąd zamknęli GFW, przed końcem roku padł bastion PC Magazine, a teraz znika EGM (Electronic Gaming Montly). Paradoksalnie dziwi mnie, że magazyn taki jak EGM zdołał się tak długo utrzymać. Porównując ze sobą brytyjski GamesTM i EGM, ten ostatni wygląda jak darmowa broszurka, nic nie mówiące grafiki na całą stronę, tekstu na 1/4, recenzje w całości dające się przesłać smsem, czy spis treści dopiero po 12(!) stronach reklam (np. EGM number 234). Szkoda mi tylko pieniędzy wydanych na prenumeratę.

Serwis 1UP stanowił problem dla Ziff Davis. Redaktorzy 1up.com mieli tam niezłą sielankę. Bez mała pracowało tam ponad 50 osób, choć nie przekładało się to na ilość wytworzonych materiałów. Firma tonęła w długach i w końcu postanowiono pozbyć się balastu.

1UP ceniłem przede wszystkim za ich program 1UP Show i podcasty, które niestety od jakiegoś czasu przestały być ciekawe, a przekonani o swojej genialności redaktorzy przyznawali się do picia alkoholu podczas nagrywania, byli głośni, ordynarni, ale przede wszystkim nie mieli nic interesującego do powiedzenia. Uwielbiałem za to GFW Radio i wiedziałem, że pewna era się skończyła, kiedy odeszli Jeff Green i Shawn Elliott. Niemniej legenda jest ciągle żywa, a ja wciąż słucham ich archiwalnych podcastów, wiedząc, gdzie zawieszona jest poprzeczka.

1UP został wykupiony przez Hearst Corporation i UGO, zwolniono prawie 40 osób, zostawiając absolutną garstkę niezbędną do prowadzenia serwisu. Trudny to okres, bo nie tylko chodzi tu o wewnętrzną transformację, ale i o ludzi, emocje związane z utratą pracy lub ciężaru świadomości, że się przetrwało, kiedy inni zostali bezceremonialnie wyrzuceni.

Na szczęście byli redaktorzy zachowali optymizm w ciężkich czasach. Na razie nie zamierzają znikać i dają o sobie znać na swoich blogach. Nagrano pierwszy odcinek podcastu Rebel.FM, a w momencie kiedy piszę te słowa nagrywany jest kolejny. Znowu już za tydzień ma pojawić się program o grach, nieoficjalna kontynuacja 1UP Show - pt. Talking Orange.

Cieszmy się, że w Polsce powstają i będą powstawać nowe inicjatywy (czasopisma np. EnGarde i serwisy) i ostatnio nie ma większych ofiar przemian. Cieszmy się, że relatywnnie niewiele jest polskich pseudo-serwisów nastawionych na szybki zysk małym kosztem. Cieszmy się, że mamy jeszcze co czytać w toalecie, zanim wszyscy dorobimy się netbooków. Zróbcie coś dla mnie i jeśli nie kupiliście w tym miesiącu żadnego czasopisma grach, zróbcie to jeszcze dziś.

Damian Paluch

- -

Przyznam się bez bicia, moją przygodę z czasopismami o grach komputerowych zacząłem i skończyłem dość dawno temu. Najpierw był Bajtek, później luzacki Top Secret i Secret Service, po drodze zdarzały mi się pojedyncze egzemplarze Computer Studio czy ŚKG. Problem w tym, że dorastałem, w sensie cielesnym, ale i (chyba) umysłowym, bo z roku na rok teksty w owych pisemkach wydawały mi się coraz mniej błyskotliwe, a dowcipy coraz bardziej siermiężne. Zapewne ważną rolę odegrał fakt kupienia pierwszego peceta i podłączenia go do modemu telefonicznego, a potem do tzw. stałego łącza. Wcześniej posiadałem jedynie 16-bitowe Atari ST, stąd wymienione wyżej pisma stanowiły coś w rodzaju mojego „okna na świat”, a konkretnie na te wszystkie tytuły, w które nie mogłem pograć. Najwyraźniej było dla mnie coś magicznego w tym „lizaniu lizaka przez szybkę”, skoro po uzyskaniu wreszcie dostępu do tych wszystkich gier, przestałem o nich czytać. Sam mogłem się teraz przekonać o wartości danego tytułu, ponadto serwisy o grach (głównie te zagraniczne) pozwalały być ciągle na bieżąco, niczym podczas oglądania kanałów informacyjnych typu TVN 24.

Moje zainteresowanie pismami krajowymi spadło do zera i ten stan utrzymuje się po dziś dzień, natomiast obserwowanie zachodnich serwisów i związanych z nimi for internetowych dawało mi jako takie pojęcie o pozycji, którą wypracowały sobie tamtejsze czasopisma o grach. I była do pozycja dość dobra. Przypomnijcie sobie, ile razy na waszych ulubionych forach oglądaliście nowe obrazki z gry albo czytaliście nowe recenzje czy zapowiedzi - nie w linku do serwisu informacyjnego, tylko ze skanów z pisma, które dopiero co trafiło do któregoś życzliwego prenumeratora. Osobiście przytrafiło mi się to wiele razy, z głośniejszych tytułów poprzedniego roku na pewno w przypadku Fallouta 3 i Far Cry 2. Nie mając większego pojęcia niuansach rynku wydawniczego, miałem wrażenie, że właśnie tego typu czasowa wyłączność na publikacje jest i będzie głównym atutem czasopism o grach, pozwalającym nie stracić odbiorcy na rzecz serwisów internetowych.

Stąd moje zdziwienie, gdy usłyszałem o zamknięciu EGM i przejściu całego 1UP pod kuratelę UGO. Słuchając wywiadów z Danem Hsu (były red. naczelny, który w dość nieoczekiwanych okolicznościach opuścił EGM w kwietniu 2008 r. - przyp Dahman) miałem wrażenie, że jest to dość charyzmatyczna postać, człowiek ponoszący pełną odpowiedzialność za swoje poczynania, nawet jeśli w oczach reszty świata były one niewłaściwe (np. faworyzowanie gier na konsole Sony). Właśnie tacy ludzie są nieodzowni, jeśli chodzi o przyciąganie i utrzymywanie przy sobie czytelników. Najwyraźniej jednak to nie wystarczyło, zwyciężyła armia smutnych panów z teczkami, szarej, bezpłciowej masy urzędniczej zwanej działem księgowości, tudzież specjalistów od PR.

Piotrek Spychała

- -

No i stało się, padła kolejna tzw. ikona internetu, ikona magazynów o grach i w ogóle ikona ikon. Ekipa odpowiedzialna za 1UP poleciała, ten sam los (a jakżeby inaczej) spotkał ludzi spod znaku EGM. Fakt, z jednej strony się zdziwiłem. Jak to EGM? Prawie 20 lat na rynku! Taka historia, tradycja, achy i ochy! EGM toż to był prawdziwie opiniotwórczy, poważny magazyn, a 1UP miała cieszące się popularnością podcasty! Skandal!

Postanowiłem przejrzeć fora i zauważyłem wylewająca się rozpacz. Refleksja przyszła po chwili. Przecież EGM od dłuższego czasu było gazetką reklamową z jakiegoś supermarketu, poza minimalistycznymi recenzjami, sporo screenów i dużo za dużo reklam.

Chłopaki od 1UP tez jakby się wypalili. I teraz - po chwili, czy to źle ze ich zamknęli? Patrząc na Jeffa Gerstmanna, co to go rok temu to z Gamespotu wywalili, czasem zmiana wychodzi na dobre. Nowy serwis założony z redaktorami, którzy solidarnie razem z nim rzucili pracę - wydaje się świeży i ciekawy…

Może to samo się stanie z byłą ekipa 1UP/EGM - ludziki przejdą gdzie indziej, może niektórzy z nich zaczną coś swojego, wyjdą z nowymi pomysłami, może w końcu coś się ruszy na rynku…
Bo kurna dziennikarstwo growe podupadło i to bardzo poważnie, ale to temat na inną okazję…

Bernard

5
sierpnia

Dlaczego lubimy grać w mordobicia?

Wraz z premierą SoulCalibur IV odkopałem w czeluściach mojego starego dysku twardego taki mały pasek komiksu, który te 6 lat temu miał być moją polską odpowiedzią na Penny Arcade. Odpowiada on jednoznacznie na pytanie dlaczego lubimy grać z przyjaciółmi w bijatyki na jednej konsoli. Online to nie to samo…

Mordobicie po lokalu